Mass Effect pozostawił graczy z dość mieszanymi odczuciami. Z jednej strony urzekał filmowo poprowadzoną narracją, dobrze nakreślonymi postaciami i bogatą wizją wszechświata, która już na samym starcie, często była przyrównywana do uniwersów na miarę tych z Gwiezdnych Wojen, czy Star Treka. Jednak nie obyło się bez poważniejszych błędów, jak chociażby niedopracowanego modelu rozgrywki, niezbyt przystępnego interfejsu, czy niemiłosiernie wtórnych misji pobocznych. Wszystkie te bolączki, skutecznie psuły przyjemność czerpaną z gry. Ale nawet mimo tego, produkt zdobył wielu zwolenników, zgarnął wysokie noty w mediach i sprzedał się na tyle dobrze, że BioWare postanowiło przygotować kontynuację. Pod koniec stycznia, na półkach sklepowych zawitał Mass Effect 2. Czy autorzy zdołali naprawić błędy popełnione przy poprzedniku? Jak najbardziej tak. Co więcej, wywiązali się z tego zadania niemal perfekcyjnie.
 |
| KLIKNIJ BY POWIĘKSZYĆ ZDJĘCIE |
Jeszcze zanim zaczniemy, chciałbym wtrącić małą uwagę. W żadnym wypadku, nie powinniście doszukiwać się tu jakichkolwiek porównań między
Dragon Age: Początek, a
Mass Effect 2. Bo w gruncie rzeczy są to dwie stosunkowo odmienne produkcje, o zupełnie innej tematyce i założeniach. Jasne, że odpowiadają za nie ci sami twórcy, którzy od ponad dekady nie parają się w niczym innym, jak tworzeniu gier fabularnych, ale obie te marki więcej dzieli, niż łączy. Wróćmy do tematu. Pierwszą odsłonę przygód Sheparda, można było uznać jako ciekawie wykonaną hybrydę, która umiejętnie łączyła cechy typowe zarówno dla erpegów, jak i strzelanek. W przypadku „dwójeczki” jest trochę inaczej, a to dlatego, że podąża ona bardziej w kierunku rasowego shootera, aniżeli wspominanego wcześniej action-RPGa. I chociaż najważniejsze założenia zostały praktycznie nietknięte, to już nie mamy do czynienia z tym samym, co wcześniej. Bardzo wiele poszczególnych mechanizmów zostało poddane pewnym uproszczeniom, co trochę zmienia ogólny sposób prowadzenia rozgrywki. Nie znaczy to bynajmniej coś złego, bo o dziwo, tytuł bardzo wiele zyskuje właśnie na tych uproszczeniach. Ale o tym za chwilę.
O linii fabularnej wypowiem się bardzo oszczędnie, żeby wam zbytnio nie popsuć zabawy. Bo tą grę naprawdę powinno się poznać samemu, a już w szczególności zobaczyć jej efektowną introdukcję, bez czytania żadnych spoilerów w sieci. Od wydarzeń z pierwszej części minęły ponad dwa lata. Komandor Shepard w dość niecodziennych okolicznościach, budzi się w placówce należącej do owianej złą sławą, proludzkiej organizacji Cerberus. Po pokonaniu Sarena i uratowaniu galaktyki, komandor staje się istną legendą, więc przywódca tej grupy - Człowiek Iluzja (ang. Illusive Man), uznał, że to właśnie jemu (lub jej, w zależności od tego, jaką płeć wybierzecie dla waszego bohatera) należy powierzyć zbadanie sprawy masowych zaginięć kolonistów, w najdalszych zakątkach Systemów Terminusa. W miarę prowadzenia śledztwa, sprawa się mocno komplikuje, a we wszystko zdaje się być zamieszana rasa określana mianem „Zbieraczy”. I tutaj zaczynają się schody, bo aby przedostać się na ich terytorium, należy przeprawić się przez przekaźnik Omega 4. Jest to miejsce, z którego jak dotąd nie powrócił żaden statek. Z tego powodu, Shepard będzie musiał skompletować grupę specjalistów, których elitarne umiejętności wspomogą go przy tej z pozoru samobójczej wyprawie. Czy jego misja się powiedzie?
Jak wiadomo, to właśnie fabuła jest zazwyczaj jedną z mocniejszych stron, wśród tytułów wydawanych przez Kanadyjczyków. W sequelu, ten stan rzeczy nie uległ zmianie, choć tym razem scenarzyści podeszli do opowiadanej historii w trochę inny sposób, niż mają to w zwyczaju. Ratowanie ludzkości przed zagładą jest ważne, ale zrzucone bardziej na drugi plan, a same zagrożenie jest o wiele mniej epickie od międzygalaktycznego pościgu za Sarenem i Suwerenem. Ale nie znaczy to wcale, że będzie o wiele nudniej. Scenariusz skupia się tu bardziej na pojedynczych jednostkach - bohaterach niezależnych, którzy towarzyszą nam w wykonywaniu samobójczej misji. Większą część gry spędzimy na rekrutacji osób, które pomogą nam w odnalezieniu zaginionych mieszkańców ludzkich kolonii. I tutaj do akcji wkracza kompletnie przebudowany system zadań. Misji jest o wiele mniej, ale są one stanowczo dłuższe i bardziej zróżnicowane. Bliżej im pod tym względem do
Baldur’s Gate II, niż do tych z
ME1 lub
Dragon Age. Możemy je podzielić na cztery kategorie – główny wątek, werbowanie specjalistów, tzw. zadania lojalnościowe i zlecenia. Nie brakuje tu również questów, typu „przynieś, zanieś, pozamiataj, w tę i z powrotem lataj”, ale takowych jest zdecydowanie mniej, niż było to w pierwszej odsłonie. Ba, niektóre zadania odblokowują się tylko wtedy, jeśli podsłuchamy rozmowy npc-ów. Przy pierwszej trójce zazwyczaj jest to po 50-65 minut zabawy, zaś zaliczenie zleceń to kwestia około 30 minut. Ukończenie całej gry zajmie wam mniej więcej 35 godzin. Jak na erpega to mało, ale przy ujrzeniu napisów końcowych nie ma się jakiegokolwiek uczucia niedosytu. A jak już skończycie grę, to zawsze można ją kontynuować i podejmować się pominiętych questów, bądź zabrać się za te, które pojawią się razem z przyszłymi DLC.
 |
| KLIKNIJ BY POWIĘKSZYĆ ZDJĘCIE |
Właśnie, towarzyszy. Developerzy w bardzo sprytny sposób wymyślili, jak wprowadzić ze sobą galerię nowych bohaterów, będących zastępstwem dla starej gwardii. Z czystym sumieniem, mogę przyznać, że są to postaci o wiele ciekawsze, barwniejsze i o bardziej złożonej osobowości. No i jest ich całkiem sporo, bo aż jedenastu. Dzięki zwiększonej interakcji między naszymi kompanami, zżyjecie się praktycznie ze wszystkimi z nowej drużyny, a już w szczególności zabójcą Thane’m, Mirandą (agentką Cerberusa), czy salariańskim naukowcem Mordinem Solusem. Dawni znajomi także się pojawiają, ale że dwa lata, to całkiem sporo czasu, większość z nich ma swoje własne problemy na głowie, przez które nie będą mogli się do nas przyłączyć. Jednak nie znaczy to, że na pokładzie Normandii nie zagości nikt z dawnego zespołu, bo dwójka dobrych znajomych wraca z powrotem. Jak już wspomniałem wcześniej, cały scenariusz opiera się właśnie na towarzyszach i interakcji między nimi, choć samych rozmów w trakcie eksplorowania planet, mogło być zdecydowanie więcej. Podczas dialogów poznajemy ich osobowość i poglądy, zaś powiązane z nimi questy poboczne (czyli tzw. zadania lojalnościowe, które wpływają na przebieg misji końcowej) rzucają światło na ich przeszłość. Jedni mają problemy rodzinne, inni chcą poznać swoje korzenie, a do jeszcze innych wracają dawne błędy popełnione w przeszłości. Z niektórymi możemy też poromansować. Co w tym najciekawsze, każdy z tego typu wątków, to samodzielna opowieść, a także odrębna lokacja, w której rozgrywają się całe wydarzenia, przez co nie mamy uczucia powtarzalności, które ciągnęło się za nami w podstawce. Przy okazji, nie nudzą, a zamiast tego wciągają i zapadają w pamięć. Jeśli chodzi o główny wątek, to przeplata się on równomiernie z postępami w misji i zazwyczaj dostarcza nam kilku naprawdę mocnych zwrotów akcji, a także motywuje, aby przyśpieszyć przygotowania do przedostania się na terytorium Zbieraczy.
Istotnym elementem jest tu integracja z zapisanymi stanami gry z
ME1. Bardzo ważne jest tu, aby znać wcześniejsze wydarzenia, w tym ogólnikowe „kto, z kim, jak i dlaczego”. Po imporcie dostępnym z menu głównego (gra automatycznie pobiera zgromadzone zapisy), zabawa staje się bardzo osobista, bowiem decyzje, które podjęliście przy wcześniejszej odsłonie, będą tu miały swoje odzwierciedlenie. Co prawda, nie wpływają one na dalszy przebieg rozgrywki, jak było to choćby przy wyborach znanych z
Wiedźmina, ale nie brakuje tu mnóstwa odniesień i nawiązań do dawnych poczynań – mailów z podziękowaniami, czy spotkań z dawnymi znajomymi i wspominaniem tego, co niegdyś dokonaliśmy. Gdy w waszej grze zginęły jakieś ważne postacie dla fabuły, to tutaj ich już nie spotkacie. Warto także napomknąć, że za import swojego komandora, dostajemy na początku bonusy, w postaci dodatkowych kredytów i minerałów. Ich ilość jest zależna od poziomu, na którym skończyliście. Jeśli nie macie zapisanych stanów gry, to bardzo wiele na tym tracicie, bo gra przyjmuje wtedy szereg zdarzeń kanonicznych, które mogły kiedyś się wydarzyć, ale wcale nie musiały. No i wbrew pozorom tego typu rozgałęzień nagromadziło się całkiem sporo, a podobno jeszcze większa część z nich zostanie wykorzystana w
Mass Effect 3, które już oficjalnie znajduje się w produkcji. Scenarzyści będą mieli nie lada orzech do zgryzienia, ponieważ decyzje podjęte w obu częściach, mogą mieć spory wpływ na rozgrywkę w "trójce”.