Men of War, który miałem okazję recenzować kilka miesięcy temu, bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Była to jedna z niewielu na rynku gier, która w tak realny sposób oddawała zmagania żołnierzy na frontach Drugiej Wojny Światowej w formie RTS’a. Dodatkowo, co zdarza się jeszcze rzadziej, poziom trudności tej gry, choć wyższy niż innych, 'lżejszych' RTS'ów był znośny i z odrobiną zacięcia można było przejść tą produkcję nawet na innym, niż najprostszy poziom. Niedawno światło dzienne ujrzał samotny dodatek do tej produkcji o podtytule - Red Tide – fatalnie przetłumaczony na język polski – Karmazynowy Przypływ (a przecież to chodzi o Armię Czerwoną a nie karmazynową...). Dodatek ten ma w zasadzie standardowe wady i zalety tego typu sequeli. Z jednej strony dostarcza graczom wielu kolejnych godzin zabawy w postaci nowych misji i trochę nowego sprzętu, ale z drugiej mocno śrubuje poziom trudności.
 |
| KLIKNIJ BY POWIĘKSZYĆ ZDJĘCIE |
Mechanika prowadzenia rozgrywki jest identyczna jak w pierwowzorze i decyduje o unikalności gry oraz jednocześnie jest jej największym atutem - W
Men of War: Karmazynowy Przypływ kierujemy w zasadzie pojedynczymi żołnierzami. Choć oczywiście możemy ich grupować w niewielkie oddziały, jedynie odpowiednie sterowanie i dbanie o każdego podwładnego z osobna może zagwarantować nam końcowy sukces. Gra wymaga bowiem tak zwanego mikro zarządzania na każdym kroku. O ile bowiem nasi wojacy całkiem dobrze radzą sobie pod ostrzałem wroga, szukając sobie dogodnej pozycji, czy też w miarę skutecznie odpowiadając ogniem, o tyle nie umieją już zadbać o swoją broń i amunicję. Gdy zatem zapomnimy zaopatrzyć naszego żołnierza w oręż, gotów jest biec na wrogów z gołymi pięściami, co niechybnie skończy się jego efektowną śmiercią.
Całe szczęście pola bitew są wręcz usłane różnego rodzaju sprzętem wojskowym oraz amunicją. Dodatkowo możemy przeszukiwać każdego zabitego przez nas Niemca, co jest jak najbardziej wskazane, gdyż możemy znaleźć przy ciałach bardzo przydatne rzeczy: od apteczek, przez broń i granaty, aż do hełmów, strąconych celnymi strzałami naszych żołnierzy. Indywidualne podejście do żołnierzy objawia się również w możliwości ręcznego sterowania wybraną jednostką za pomocą kursorów i myszki, niemal tak, jak w grze TPS! Likwidowanie wrogów w ten sposób sprawia niesamowitą frajdę, a poza tym daje większą kontrolę nad poczynaniami naszego żołnierza. Możemy dokładnie wybrać którą jednostkę ma zaatakować, a ponadto określić na której jej części skupić ogień. Może to być próba „headshota” w przypadku wrogiego piechura, ale również decyzja, czy pozbawić nacierający czołg mobilności likwidując gąsienicę, czy też rozbić niebezpieczne działo. Ten element sprawdza się znakomicie i pozwala na wprowadzenie ciekawych rozwiązań taktycznych, na przykład na flankowania przeciwnika, czy też snajperskich ataków z ukrycia. Jednym z przynoszących najwięcej frajdy elementów jest jednak przejęcie kontroli nad jakąś jednostką pancerną, lub przynajmniej stacjonarną baterią i sianie za jej pomocą spustoszenia wśród oddziałów wroga.
 |
| KLIKNIJ BY POWIĘKSZYĆ ZDJĘCIE |
Zarządzanie i dbanie o podwładnych jest w Karmazynowym Przypływie jeszcze ważniejsze niż w przypadku pierwowzoru. Dzieje się tak z powodu specyficznej tematyki gry, która wprowadza gracza w 20 nowych misji traktujących o bohaterskich poczynaniach rosyjskich komandosów Floty Czarnomorskiej. Wszystkie misje są niesamowicie rozbudowane i złożone z wielu etapów. Podobnie były skonstruowane zadania w pierwszej części, jednak w
Karmazynowym Przypływie twórcy posunęli się jeszcze dalej. Dzięki temu, każda z misji jest niesamowicie długa, a nie po każdym etapie otrzymujemy posiłki (choć bywa i tak). Musimy więc niesamowicie dbać o zdrowie i uzbrojenie naszych podkomendnych, gdyż życie każdego z nich jest na wagę złota.
W dodatku, jako że kierujemy działaniami komandosów, zazwyczaj musimy zmierzyć się z wielokrotnie przeważającymi siłami wroga, a w dodatku znacznie lepiej wyposażonego. Stanowi to o konieczności bardzo dokładnego i przemyślanego planowania naszych posunięć oraz konieczności synchronizacji poczynań naszych poszczególnych żołnierzy. Gra jest dzięki temu bardzo, bardzo trudna i nawet na najniższym poziomie nie obejdzie się bez wielokrotnego (naście, albo i dziesiątki razy) zapisywania i odczytywania stanu gry, oraz niestety mamrotania przekleństw pod nosem. Ostatecznie grając krok po kroku, zapoznając się stopniowo z kolejnymi krokami przeciwnika jesteśmy w stanie w końcu przeprowadzić garstkę naszych wojaków przez całą misję, ale czy rzeczywiście tak powinna wyglądać wojenna gra? Nie jestem przekonany, czy developerzy nie przesadzili z wyśrubowanym poziomem trudności.
Choć silnik gry nie jest już pierwszej świeżości, w dalszym ciągu doskonale nadaje się do odwzorowania bitew w takiej skali – od poszczególnych jednostek, do bardziej oddalonego planu. Najwięcej obiekcji można mieć do modeli żołnierzy, którym zwyczajnie brakuje szczegółów, jednak już otoczenie z różnorodną szatą roślinną, zabudowaniami oraz przede wszystkim świetnie odwzorowane modele machin wojennych zasługują na wielkie uznanie. Równie dobrze wyglądają uszkodzenia tychże (rozbite wieżyczki, urwane gąsienice...), oraz różnorodne efekty broni, takie jak wystrzały, smugi pocisków, czy potężne eksplozje, choć i w tej dziedzinie zdarzają się niechlubne wyjątki, jak fatalny wręcz wygląd płomieni wyrzucanych z miotaczy ognia. Oprawa dźwiękowa w zasadzie nie pozostawia wiele do życzenia w zakresie bitewnych odgłosów, za to głosy rosyjskich aktorów mogą po dłuższym czasie mocno zdenerwować (chociaż narrator jest tutaj chlubnym wyjątkiem!).
 |
| KLIKNIJ BY POWIĘKSZYĆ ZDJĘCIE |
Zdecydowanie najsłabszym elementem, obok zbyt wysokiego moim zdaniem, poziomu trudności jest fabuła gry. Wszystkie misji opiewają dokonania specjalnych jednostek ZSRR, którzy bohatersko mierzyli się z przeważającymi siłami wroga. Jest to obraz tak różny od większości aktywności Czerwonej Armii podczas II WŚ, że może skłaniać jedynie do politowania pod adresem autorów, stawiających kolejny pomnik czerwonoarmistom. Politowania, ale tylko pod warunkiem, że nie jest się Polakiem - wtedy można czuć już nieco zniechęcenia, a nawet nerwów, mając w pamięci dokonane przez „wyzwolicieli” spustoszenia na polskich ziemiach. No ale cóż, być może specjalne oddziały rosyjskich „Marines” zachowywały się jednak w sposób bardziej cywilizowany? Tak czy siak, jednostronne i bezkrytyczne przedstawienie bohaterstwa żołnierzy ZSRR co najmniej razi w oczy.
Oprócz wzmiankowanych 20 długich misji, dodatek nie wprowadza również nic nowego (oprócz specjalnego rozdziału opiewającego bohaterstwo prawdziwych marynarzy Floty Czarnomorskiej...). Nie dostaliśmy żadnych map, na których można by rozgrywać dowolne misje, o trybie dla wielu graczy nie wspominając. Reasumując,
Men of War: Karmazynowy Przypływ przypomina nieco wydany ponad rok temu pakiet
Twierdza Extreme, który zawierał arcytrudny, uznany nawet przez wielu miłośników serii za zbyt wymagający dodatek. Różnica polega jednak na tym, że pakiet z grą o Krzyżowcach zawierał również podstawową część produkcji i choćby dzięki temu zasługiwał na zainteresowanie. Niestety nie jest tak w przypadku
Karmazynowego Przypływu, który swoimi 20 ekstremalnie trudnymi misjami może nieuważnym graczom dostarczyć długich godzin za równo rozrywki, jak i niestety frustracji.